Jak się robi gry? [tom 1]
U zarania kariery tej strony planowałem umieszczenie na jej łamach wpisu zatytułowanego tak jak niniejszy, ale zaczynającego się od mniej więcej takich słów: “Nie wiem, ale postanowiłem się dowiedzieć”. Dalej zaś nastąpiłby przynudzający wywód o… nie pamiętam, ale chyba o tym dlaczego gry są fajne i dlaczego fajnie byłoby się zajmować ich tworzeniem. Nie trudno się dziwić, dlaczego temat wylądował w koszu. Sam temat – ale jego tytuł już nie. Tym razem otworzy treść znacznie ciekawszą i właściwie nawet bardziej na miejscu.
Moi drodzy, Pan Mimizu wie już jak się robi gry. Oczywiście nie wie na ten temat wszystkiego. Ba, nie wie nawet tyle, ile chciałby wiedzieć. Ale wiedzy tej jest już dostatecznie dużo, by utoczyć z niej taki oto sympatyczny artykuł. Nie jest to w żadnym razie tutorial “zrób swojego Crysisa w weekend na wyświetlaczu pralki” (ponieważ w mojej nie ma wyświetlacza), lecz zbiór różnorakich ciekawostek zaczerpniętych z własnych doświadczeń i przygód w świecie tzw. “gamedevu”. Sam zresztą zdecydowałem o wybraniu takiej drogi m.in. pod wpływem podobnych artykułów.
Rozdział 0: Szczenięce Lata

Zdjęcie "Ostra Impreza Informatyków" jest stare jak Internet, ale ciągle aktualne. Oni naprawdę tak wyglądają - poważnie, wszyscy!
Najpierw chciałem być wynalazcą. Żadnym tam strażakiem, pilotem ani ginekologiem (no dobra, ginekolog też przez chwilę się przewinął). Chciałem budować w garażu gadżety typu opancerzony, latający, miotający ogniem samochód, którym mógłbym imponować ziomkom z grupy III “Plastusie”. Tworzenie gier zaistniało w mojej świadomości trochę później, gdzieś w okolicach romansu z pierwszą, szarą PlayStation. Ten pomysł na życie zaskakująco szybko się jednak utlenił – zdaje się, że w dużej mierze za sprawą styczności (na razie pobieżnej) ze zjawiskiem zwanym programowaniem. Programowanie wydało mi się nudne, trudne i mozolne, z kolei samych programistów wyobrażałem sobie jako ludzi, którzy bardzo nieładnie pachną. Właściwie z perspektywy czasu nie wydaje mi się, żebym się w swoim osądzie pomylił.
Pomyliłem się jednak, wmawiając sobie, że tworzenie gier zaczyna się i kończy na programowaniu. Z tego przeświadczenia ostatecznie wyleczyłem się dopiero po latach, uzmysławiając sobie, iż na sklecenie takiej gry składa się cała masa różnorakiej twórczej działalności, angażującej nieraz całą armię twórczych ludzi – nie tylko programistów. Podobnie jak budowa domu nie należy de facto do wąsatego typa w ogrodniczkach, który kładzie cegły – ktoś musi wcześniej stworzyć projekt, ktoś musi pomalować ściany, a ktoś inny zadbać o wystrój.
Sobie upatrzyłem rolę tego, co wymyśla, jak nasz dom będzie wyglądał, jak rozłożone będą pomieszczenia i z grubsza co gdzie będzie stało. A wychodząc już z tej metafory – “Game Designer” to pojęcie, które szybko wywalczyło sobie szczególne miejsce w moim sercu, zaś znalezienie takiej posady stanęło na honorowym miejscu mej osobistej listy Life TODO (obok zrobienia sobie foty z Arnoldem [ ], seksu z dwiema laskami na raz [ ], napisania scenariusza do komiksu [ ] i kupna PlayStation 3 [ √ ]). Ale to już czasy studiów.
Rozdział I: Studia

Rozrysowane tu żelazne zasady tworzenia postaci to jedna z rzeczy, których nie nauczysz się na studiach.
Nie nastawiajcie się na możliwość studiowania robienia gier, sorry. Chyba, że macie bardzo mało lat – wtedy istnieje szansa, że gdy na was przyjdzie pora, możliwości w tym zakresie będzie więcej. Nie mówię, że w chwili obecnej nic takiego nie ma (bo jest np. w Krakowie [kliknij]), ale ilość dostępnych opcji w żadnym razie nie pokrywa potrzeb studentów. Cóż więc pozostaje? Stare, dobre inżynierskie studia informatyczne. Zaskoczeni? Macie prawo, gdy taki wariant poleca wam ktoś, kto miał się trzymać z dala od programowania. Ale ten ktoś jednak się w programowanie wpakował. Nigdy tego nie pokochałem i nigdy w tej dziedzinie nie zostałem wymiataczem, ale na papierze jestem pan inżynier informatyk. Chociaż dbam o higienę.
Co ci dają takie studia? W dziedzinie informatyki na ogół przewagę nad samoukami i absolwentami GORSZYCH <szyderczy_śmiech/> studiów, typu szkoły prywatne. (Ale tak całkiem poważnie – jest też masa kiepskich informatyków po politechnikach i sporo dobrych spośród pozostałych.) Jako student informatyki z solidnymi umiejętnościami, jeszcze przed otrzymaniem papieru możesz liczyć na dobrą pracę – to nie mit.
OK, ale gdzie tu się kryje całe to nasze gier robienie, zapyta czytelnik. Tak naprawdę są małe szanse, że konkretnie tego nauczysz się na Informatyce. Jednak na chwilę obecną takie studia leżą najbliżej tematu. Przy odrobinie szczęścia możesz liczyć na pewne elementy związane z grami w ramach zajęć (ten temat postaram się jeszcze rozwinąć) – dobre jako punkt wyjścia do pogłębiania tematu we własnym zakresie. Poza będziesz pewnie miał okazję do nawiązania bezcennych znajomości wśród kolegów. A okazuje się, że “pogłębianie tematu we własnym zakresie” i “bezcenne znajomości” są często ważniejszym elementem studiów niż nauka i egzaminy, nie tylko w dziedzinie będącej tematem wywodu.
Możesz sobie teraz pomyśleć “ta, gostek sam zrobił w ten sposób, więc teraz uważa, że to jest najlepsza decyzja na świecie”. Trochę w tym prawdy. Ja wybrałem taką a nie inną drogę i na tej podstawie mogę wystawić pewną rekomendację. Ale też nie mówię, że bez studiowania informatyki nie możesz robić gier. Najwięcej zależy jednak od tego, co właściwie chcesz przy tych grach robić. Jeśli programować – to zostańmy przy informatyce. Mgr inż. oraz trochę własnej, stricte “growej” wiedzy wraz z umiejętnościami raczej uchronią cię przed bezrobociem w branży. Oczywiście jednak możesz wybrać dla siebie malowanie concept artów (ASP), promocję (Zarządzanie i Marketing), udźwiękowienie (Inżynieria Dźwięku, szkoły muzyczne) czy inne zagadnienia odleglejsze od implementacji.
Prywatnie w całym spektrum związanych z robieniem gier tematów interesuje mnie głównie projektowanie rozgrywki i fabuły oraz produkcja. Muszę szczerze przyznać, że moje studia tutaj okazały się jednak zaskakująco wartościowe. Zwłaszcza to całe tak zwane “inżynierskie podejście”, które pomaga utrzymywać porządek i spójność projektów nawet w konfrontacji z najbardziej szalonymi pomysłami. Tych przydatnych umiejętności jest zresztą znacznie więcej – poczynając od tego, że potrafię się dogadać z programistą, przez przyswojenie zagadnień związanych z zarządzaniem projektami informatycznymi, kończąc na tym, że… cóż, programowanie ściga mnie jak Dahaka z Prince of Persia: Warrior Within. Jest niezmiernie trudno znaleźć w Polsce pracę zaczynającą się w punkcie zwanym “game design”. Wedle mojej wiedzy większość designerów zaczyna jednak jako programiści – ja mam i tak szczęście, że jestem jednym i drugim po połowie. Innymi słowy programowanie jest dla mnie środkiem, by dobrać się do upragnionego zajęcia polegającego na tym, że mówię innym, co mają robić.
————————
Początkowo planowałem napisać jeden artykuł, ale jego długość okazała się wykraczać poza granice tolerancji statystycznego internetowego czytelnika (nazwijmy go umownie “Mariusz”). By oszukać życie, podzieliłem treść na części, z których każda zawiera kilka “rozdziałów” i które będę publikował w jakimś tam odstępie czasu. Część druga – lepsza, ciekawsza itd. – za jakiś czas! Mam nadzieję, że “Mariusz” się na to nabierze.
W następnym odcinku m.in. o tworzeniu pierwszej własnej gry.









Co jak co, ale wydaje mi się, że informatyka to dziedzina wybitnie samoucza (?), gdzie naprawdę zaciera się granica między umiejętnościami i wiedzą nabytymi “amatorsko”, nakładem własnym, a wiedzą i dyplomem wyniesionym z uczelni. Pod warunkiem że nie wykopiesz nocą jakichś zwłok na cmentarzu, chałupniczym chirurgiem nie zostaniesz, to samo tyczy się np. fizyki czy chemii. Więc z tą pracą i umiętnościami po dyplomie bywa różnie, dochodzi konkurencja spod bandery DYI.
Bywa różnie – to prawda, ja jednak w dalszym ciągu skłaniałbym się ku wersji, że dobre studia informatyczne dają WIĘKSZE SZANSE (ale nie gwarantują), że zostaniesz dobrym informatykiem i znajdziesz dobrą pracę. Może to staroświeckie, ale ja wierzę w to “inżynierskie podejście”, które człowiek mimochodem wypracowuje ucząc się od dobrych profesorów. Zresztą – osobiście znam wielu świetnych informatyków, którzy jeszcze w trakcie studiów zdobywają dobre posady, gdy z drugiej strony “samouki” i absolwenci “gorszych studiów” z którymi mam do czynienia to głównie “robiciele stronek”, dla których pojęcia takie jak “framework” czy “haszowanie” to tajemnica. Oczywiście nie mówię, że nie bywa inaczej.
To jednak moje refleksje dotyczące “typowej” Informatyki. W przypadku tworzenia gier – przynajmniej w Polsce – wykształcenie zdecydowanie schodzi na margines. Jeśli jednak ktoś decyduje, że chciałby się zajmować tworzeniem gier, a jednocześnie chce/musi studiować, uważam, że Informatyka jest najbardziej sensownym wyborem. Jeśli o mnie chodzi, właśnie ze względu na jasną wizję własnej przyszłości pod znakiem game designu zrezygnowałem ze studiów magisterskich.
[...] Po dłuższej przerwie wracam do naszego radosnego cyklu o poezji XXI wieku, czyli o wzniosłej sztuce tworzenia gier! Dla porządku przypominam, iż ideą artykułów nie jest stworzenie żadnej formy podręcznika/poradnika, a jedynie podzielenie się luźnymi spostrzeżeniami i wnioskami nabytymi w trakcie mojej – na razie krótkiej – kariery twórcy gier. Nie mniej gdzieś w głębi kołacze nadzieja, że właśnie taka niezobowiązująca forma tekstu dotrze do kogoś, kto naszkicowane przeze mnie tematy zechce zgłębić i zrobić z nich użytek. ->TOM 1<- [...]